17 cze 2015

Mgły Avalonu, Marion Zimmer Bradley

Król Artur
mój zestaw śniadaniowy :)

Nie ukrywam, że książka dotyka tematyki, która od jakiegoś czasu stanowi przedmiot mojej obsesji. Mity i legendy arturiańskie, bo o nich mowa, mają  to do siebie, że nie są raz na zawsze opisane w jedynej słusznej formie. Interpretacji, podań i tekstów źródłowych jest mnóstwo, co więcej nierzadko są one ze sobą sprzeczne, co paradoksalnie nie pozbawia żadnego z nich autentyczności. "Mgły Avalonu" stanowią część dziesięciotomowego cyklu avalońskiego stworzonego przez nieżyjącą już Bradley, amerykańską pisarkę fantasy. Tyle tytułem wstępu.

Dwa słowa o autorce


Autorka napisała w latach 60. kilka powieści o tematyce homoseksualnej. Jak na dzisiejsze realia łagodne, w tamtych czasach uznane zostały za pornografię. 


O czym jest ta książka?


Wszyscy znamy podstawy. Jest dzielny i wspaniały król Artur, któremu udało się wydobyć z kamienia Excalibur, jest piękna i szlachetna Gwenhwyfar podkochująca się w Lancelocie, są odważni rycerze, oddany królowi czarodziej Merlin i zła, wiecznie knująca wiedźma - Morgana. Teraz skoro już znamy teorię, możemy wyrzucić ją do śmieci, podobnie jak zrobiła to autorka w swojej książce.

Akcja utworu skupia się głównie na losach Morgany, od jej wczesnego dzieciństwa po poźną starość. W dużej mierze to ona opowiada nam historię, chociaż narracja co jakoś czas zmienia perspektywę, co daje czytelnikowi szerszy obraz sytuacji. Na wydarzenia rozgrywające się w książce patrzymy również oczami Igerny (matka Morgany), Viviane (mentorki Morgany i głównej kapłanki Avalonu), Morgause (ciotki Morgany) oraz (zawsze wkurzającej) Gwenhwyfar. Nie da się ukryć, że autorka nie darzy miłością tej ostatniej.

Brytania pogrążona w chaosie wojny potrzebuje silnego przywódcy, zdolnego zjednoczyć wyspę pod jednym, wspólnym sztandarem. Ponieważ póki co nie ma takiego, Pani Jeziora Viviane oraz Merlin postanawiają go stworzyć. Tak więc towarzystwo udaje się do Igrerny, królowej Cornwali, siostry Viviene, aby ją poinformować, że los chce aby dała dziecko niejakiemu Utherowi Pendragonowi. Fakt, że kobieta ma już męża i malutką córeczkę Morganę okazuje się mało istotny. Jako że kapłanka odznacza się dużą mocą magicznę i niemałą zdolnością manipulacji, sprawy nabierają tempa. Rodzi się Artur, a Igrene zostaje żoną Uthera (po wcześniejszy ukatrupieniu obecnego męża). 

Sielanka nie trwa jednak długo, ktoś czyha na życie młodego wybawcy, więc zostaje on wysłany incognito na nauki do zaufanego sojusznika Uthera, z kolei Morgane zaczyna wykazywać zdolności magiczne, więc Viviane zabiera ją ze sobą na wyspę Avalon, by dziewczynka poszła w jej ślady. W ten sposób drogi rodzeństwa rozdzielają się. Jako że kult wielkiej bogini zagrożony jest piętrzącym się chrześcijaństwem, Merlin oraz kapłanki zdejmują wyspę Avalon ze świata śmiertelnych i ukrywaja we mgle (co znaczy tyle, że istnieje równolegle, zwykli ludzie widzą klasztor, a upoważnieni są w stanie przegnać mgłę i przekroczyc próg Avalonu). Ich głównym celem staje się teraz zmanipulowanie Artura, by ten posłał Chrześcijaństwo w cholerę (lub chociaż utemperował) i przywrócił na nowo wygasający kult wielkiej bogini. Malżeństwo krola z fanatyczną katoliczkę Gwenhwyfar wcale nie ułatwia im sprawy. Do celu dążą oczywiście konsekwentnie i po trupach. Jak tu ich za to nie lubić?


Wady książki 


  • Przydługie opisy mogę wprawić w lekką irytację mniej wytrwałych czytelników. Nie wiem po co aż dziesięć stron o porodzie Morgany.
  • Akcja zdecydowanie za często zwalnia. Autorka traci strony na niepotrzebne rozwodzenie się nad niedolą bycia kobietą w męskim świecie.
  • Fabuła przesadnie skupia się wokół mało istotnych szczegółów, przez co czytelnik, a często i autorka, traci "cel" z oczu.
  • Autorka jawnie gardzi mężczyznami - całkowity brak pozytywnych postaci męskich. W zamian podano nam solidną porcją błota, można rzucać w panów, do wyboru do koloru.


Dlaczego warto przeczytać? 


  • Ponieważ daje świeże spojrzenie historię, w której podobno wszystko zostało już powiedziane. 
  • Ponieważ ukazuje  portrety kobiet, które są silne, dobrze wykształcone i świadome swojej wartości - kobiety z królewskiej linii Avalonu. Dla kontrastu  katoliczki przedstawione są, bardzo średniowiecznie jako te, które nie mogą zdobywać wykształcenia, piastować ważnych funkcji, które muszą pokutować za grzechy Ewy i wstydzić się własnej kobiecości. 
  • Ponieważ wyspa Avalon stworzona przez autorkę rzeczywiście jest magiczna.
  • Ponieważ odpowiada na pytania, których nie zadano w innych interpretacjach mitu jak np.  dlaczego Artur i Gwenhwyfar nie mieli dziecka?

Reasumując


Przemijająca wiara w boginię, uosabiającą płodność i kobiecość ustępuje miejsca światu, w którym najważniejszy jest mężczyzna -  to główny temat powieści. "Mgły Avalonu" to taka zakamuflowana walka wyzwolonych kobiet z męskim światem, delikatnie osadzona w średniowiecznej, mistycznej ramie. Przyznaję się - ta książka rzuciła na mnie urok a w trakcie czytania, czułam się prawie jak jedna z kapłanek. Niestety mam też poczucie zmarnowanego potencjału. Bradley mogła napisać arcydzieło, niestety przelała na kartki swój jad i rozczarowanie płcią przeciwną w ilościach alarmujących. Gdyby tak wybaczyć choć kilku mężczyznom i wyciąć jakieś 300 stron, byłoby rewelacyjnie. Mimo wszystko gorąco polecam wszystkim kobietom,  nie tylko fankom rycerzy okrągłego stołu.









4 komentarze:

  1. Moje marzenie z czasów studenckich. Wtedy praktycznie nie do zdobycia. Ten wpis przywołał wspomnienia z czasów, kiedy wszystko było prostsze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udalo Ci się ostatecznie przeczytać "Mgły..."? Myślę że warto;) Fakt kiedyś zdobycie ciekawiej książki bywało problematyczne. Teraz wszystko czeka podane na tacy nic tylko wybierać i przebierać;)

      Usuń
    2. Niestety nie... jak trafi się okazja to kupię, na razie ta książka jest dla mnie za droga.

      Usuń
    3. Ja kupiłam za grosze po angielsku. Często trafiają się taniutki egzemplarze w tym języku.

      Usuń