30 sie 2015

Zaginiona, Andrzej Pilipiuk


Zaginiona Kuzynki Pilipiuk


Do „Zaginionej” podeszłam z obawą w sercu i kijem w ręku. Nie dzieje się dobrze, kiedy autor po blisko dziesięciu latach decyduje się na kontynuację raz już zamkniętego cyklu. Tak wiem,  Andrzej Ziemiański przeszedł sam siebie w squelu do Achaji.  Wyjątki są częścią statystyki. Dlaczego wymyślam problemy z pupy zamiast czytać, a  niech wielkie nazwisko mówi samo za siebie? Bo Pilipiuk, mimo lekkiego pióra i dużego talentu, ma tendencję do świetnych początków i bardzo słabych, niedbałych zakończeń. Wynika to najprawdopodobniej z tego, że wydaje kilka książek rocznie (żyć za coś trzeba, ja wiem) co musi odbić się na jakości. Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Wypożyczyłam, przeczytałam i niech teraz Internet sobie radzi z moim zdaniem.

Dwa słowa o autorze

Pilipiuk uprawie czynnie politykę. Słynie z poglądów konserwatywno - liberalnych i monarchistycznych. Bardzo lubi krytykować polski system edukacji, zarzuca mu że  hamuje optymalny rozwój człowieka.

O czym jest ta książka

Na książkę składają się dwa opowiadania tytułowa "Zaginiona" i, zbyt krótkie jak na mój gust, "Czarne skrzypce". 
Exagentka Katarzyna i 400-stu letnia alchemiczka Stanisława nie mogą zaznać spokoju. Niewinna aukcja antyków splata losy kuzynek z młodziutką studentką o kogucim tatuażu. Do tego starszą kobietę dopada choroba zawodowa. Dorzućmy do kociołka wyspę, która nie istnieje i już możemy mieć jakie takie pojęciem o tym, czym  nas uraczył pan Andrzej w "Zaginionej".
"Czarne skrzypce" rozpoczynają się stukotem do drzwi i desperacką prośbą o pomoc. Nasze dziewczyny tym razem bawią się w uzdrowicielki. Muszą rozwikłać niezwykle trudną tajemnicę, czyli odkryć co wywołało chorobę uzdolnionej muzycznie licealistki, która ni z tego ni z owego zmienia się w warzywko. Podejrzewasz coś patrząc na tytuł? No co za szkoda...

Wady

  • Autor zignorował osobowość swoich bohaterek i kazał im się zachowywać w sposób niekanoniczny. Stanisława ma jakieś absurdalne wahania nastrojów, planuje masowe morderstwo tylko po to, żeby za chwilę wpaść w histerię czy przesadny optymizm. Czyżby nareszcie, po 400 latach wystąpiła menopauza? Katarzyna, która w poprzednich tomach widzi rzeczy o jakich się filozofom nie śniło, teraz robi dwa kroki w tył. Jej mózg zdaje się reagować alergicznie na zjawiska nadprzyrodzone, mimo że raz za razem okazują się one prawdą. Dobrze, że nie spotkamy w tym tomie Moniki, jeszcze i ona byłaby narażona na jakieś zawirowania psychiczne! Strach pomyśleć, co można zrobić z psychiką wampirzycy.
  • Postać tytułowa (tak wiem, może odnieść  tytuł też do wyspy). Nie wiem, moim zdaniem mamy tu do czynienia ze zbyt silną inspiracją inną heroiną. Znacie Hazel Levesque z cyklu Ricka Riordana "Olimpijscy Herosi"? Tam również mamy bohaterkę z darem odnajdowania skarbów zakopanych w ziemi, która może wykrywać ukryte tunele i dopasowywać wyjścia do swoich potrzeb. Niby nic, a jednak trochę zgrzyta.
  • Przewidywalna do bólu akcja. To wszystko gdzieś już było. Zwłaszcza w pierwszym opowiadaniu. To, że autor niczym mnie nie zaskoczył, jeszcze można by wybaczyć. Niestety jego bohaterki również nie wydawały się zbytnio przejęte. Wszystko szło im od ręki. Niestety zdarzyło mi się nieraz walczyć z ziewaniem.
  • Dwadzieścia ostatnich stron książki zajmują reklamy, a okładka wygląda jak z romansidła dla nastolatek, mimo że kolorki przyjemne dla oka.

Dlaczego warto przeczytać?

  • To co najbardziej lubię u Pilipiuka, ładne nawiązania do historii Polski, zgrabnie wplecione w tekst. Dostaniemy jak zawsze garść smaczków z okresu II Wojny Światowej i nie tylko.
  • Przysmaki kuchenne, których już nie ma. Zaginione przepisy kulinarne, stare techniki produkcji miodu, słowem pyszne polskie jedzonko i napitek.
  • Lekki styl pisania. Lekturę czyta się bardzo szybko i bez zbędnych przerywników. Nie ma tu zapychających opisów ani niepotrzebnych zwolnień akcji. Wszystko idealnie wyważone.
  • Książkę zaopatrzono w  niezwykle praktyczny żółty pasek – zakładką. Dla mnie, czyli osoby która potrafi zaznaczyć miejsce gdzie skończyła czytać za pomocą ścinka z gazety,  jest to genialne rozwiązanie.

Reasumując

Po co serwować czytelnikom dziewięcioletnie, odgrzewane kotlety? Nie wiem. Może jest to kwestia finansowa, może jakiś kryzys twórczy? Słabo. Niestety, bardzo słabo. Czasem wolałabym się mylić. Gdzie te emocje, które towarzyszyły mi po przeczytaniu rewelacyjnej, pierwszej części "Kuzynek"? Przecież ja przez nie stałam się fanką Pilipiuka! Fakt, z tomu na tom poziom subtelnie spadał, ale mimo to czytałam z radością. Po "Zaginioną" można sięgnąć,  jeżeli nie ma się akurat niczego ciekawszego pod ręką. Może poprzeczka stoi zbyt wysoko, to jednak jest Pilipiuk, wymagam od niego więcej niż od szeregowego autora. Nie spodziewajcie się fajerwerków po „Zaginionej”, czwarty tom extrylogii "Kuzynki" nie sprawi, że spadniecie z krzesła, może za to umilić jakieś bardzo mdłe popołudnie.
Nie wystarczyło mi jeszcze odwagi do zmierzenie się z siódmą częścią "Oka Jelenia". Boję się na samą myśl.  
PODPIS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz