10 wrz 2015

Dawno, dawno temu, kiedy Internet był jeszcze młody…





Mam prawie trzydzieści lat, należę do pokolenia, które najmłodsze lata spędziło bez komputera, telefonu i portali społecznościowych. Oglądało się w telewizji "Czarodziejkę z księżyca", filmy nagrywało na kasetach VHS a kupno ubrań na targu nie było obciachem, bo o galeriach handlowych nikomu się nie śniło. Czytało się też książki. No właśnie.

Czytałam głównie to, co znalazłam w domu na maminej półce, czyli zazwyczaj: „Anię z Zielonego Wzgórza”, „Emilkę”, „Błękitny Zamek”, czy ukochane baśnie z tomu „Bajarka opowiada”. W mojej szkole podstawowej biblioteka była, ale te kilka półek z książkami, innymi niż bajki, lektury szkolne czy słowniki, pochłonęłam szybko i to więcej niż raz. Poznałam „Tajemniczy ogród”, książki Musierowicz, „Pamiętnik narkomanki” i kultowe już „Dzieci z dworca ZOO”. W gimnazjum odkryłam w bibliotece książki z serii "Ulica strachu" i przeżyłam literackie objawienie. Poza tym, wiele więcej tam nie znalazłam.

Moje miasteczko rodzinne nie jest duże, biblioteka miejska siłą rzeczy wyposażona została raczej średnio. Odkryłam ją dopiero w wieku trzynastu lat (pewnie dlatego, że piechotą musiałam do niej iść godzinę w jedna stronę). Pani bibliotekarka radziła mi się rozejrzeć, ale doradzić czegoś ciekawego już nie potrafiła. Znalazłam „Wiedźmina” i kilka innych miłych sercu pozycji. Nie pisano wtedy jeszcze nagminnie książek o miłości nastolatków i przystojnych wampirów czy aniołów. Niestety dla dziecka przedzieranie się przez półki bez jakiejkolwiek pomocy było raczej trudne. Natykanie się na kiepskie lub zbyt poważne pozycje bardzo zniechęcało. Wolałam więc czytać wielokrotnie książki, które znałam i lubiła. One nie mogły mnie rozczarować.

Jako nastolatka lubiłam spacerować po Empiku, kupiłam nawet „na czuja” kilka książek, miedzy innymi autorstwa Coelho, Terakowskiej i Tolkiena. Na niewiele jednak mogłam sobie pozwolić, przeżywałam akurat fascynację mangą i prawie cała kasa szła na japońskie komiksy. Gdzieś po drodze wpadł mi w ręce "Harry Potter". Zaintrygowana dokupiłam pozostałe trzy tomy a cykl ten, stał się moim niezawodnym lekarstwem na chandrę. Tak, więcej części jeszcze wtedy nie powstało. Poza tym, w tamtym czasie byłam zdana na kieszonkowe więc nie mogłam systematycznie wparowywać do księgarni i wydawać tam krocia ;). W rezultacie znowu wracałam do ulubionych pozycji.

W L.O. pojawił się w moim domy stały, niepowiązany z telefonem Internet. Wtedy jednak nie roił się on od forów literackich czy serwisów pokroju Lubimy czytać. O blogach nikt jeszcze nie słyszał a gdyby ktoś mi powiedział, że zaistnieje coś takiego jak serwer z gryzoniem w nazwie – nie uwierzyłabym!

Do czego zmierzam? Obecnie czytelnictwo przeżywa odrodzenie. Nie wierzę w te bredni, że Polacy nie czytają. Oni tylko kupują niewiele książek, ponieważ jesteśmy biednym krajem, poza tym lubimy kombinować a e-booka w sieci nie tak trudno znaleźć. Internet dał nam platformy do rozmów, nowych znajomych od czytania, dał nam grupę która zarekomenduje co czytać i dlaczego, w której jest raźniej i która potwierdzi że czytanie jest FAJNE. Zainspirował nas twórczością fanowska, nigdy wcześniej fandom nie miał tak silnego środka przekazu. Łatwiej w tak komfortowych warunkach poznawać zakamarki literackiego świata.

Jednocześnie w ciągu ostatnich 15 lat nastąpił wysyp wydawnictw książkowych. Polska została zbombardowane nowymi tytułami i autorami. Wcześniej wszyscy czytaliśmy mniej więcej to samo. Teraz mamy przeogromny wybór. Mimo że spowodowało to wysyp „arcydzieł” pokroju „Zmierzchu”, jestem wdzięczna za te nowe możliwości. Ostatecznie przy odrobinie wysiłku, można samemu wyszukać sobie prawdziwe skarby.

Jednego tylko nie mogę odżałować. Czytamy tak jak żyjemy - szybko. Dawniej lubiłam wertować sobie ulubioną książkę drugi, trzeci a nawet dziesiąty raz. Teraz czasem też sobie myślę, genialna powieść, na pewno przeczytam ją jeszcze raz. Nigdy tego nie robię. W kolejce czeka już milion innych nieznanych, kuszących pozycji. Myślę, że coś przez to tracę. Dobra książka powinna dojrzewać wraz z nami. Oczywiście jej odbiór zmienia się, nie jesteśmy już przecież tymi samymi ludźmi, którymi byliśmy mając ją pierwszy raz w rękach. Może się okazać, że w lekturze przeczytanej 10 lat wcześniej odnajdziemy cały nowy poziom. Równie prawdopodobne jest, że okaże się gniotem. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, nie ważne jakbyśmy się starali. Bardzo dobra książka zasługuje jednak na ponowne spotkanie.

Związek z ulubioną książką przypomina trochę związek z człowiekiem. Z jednego, ukochanego tekstu można zazwyczaj wyciągnąć więcej wartościowej treści, niż z tryliona krótkich, przypadkowych przygód literackich.

Jak to jest z Wami? Zdarza Wam się wrócić do przeczytanej już książki?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz