8 paź 2015

Czarne światła: Łzy Mai, Martyna Raduchowska

Raduchowska

"Czarne światła: Łzy Mai", pióra Martyny Raduchowskiej przeleżały na mojej półce ładnych kilka miesięcy. Tak, jest to jedna z tych nielicznych książek, które stoją na półce, zamiast chować się w czytniku. Nie śpieszyłam się, ponieważ to dopiero pierwszy tom, a ja mam alergię na niedokończone serie. Poza tym, według wszelkich znaków na niebie, ziemi i w blogosferze, książkę zakwalifikować można do znielubionego przeze mnie gatunku – kryminału. Jest to jednak Raduchowska, pisarka która już pierwszą stroną swojej debiutanckiej powieści "Szamanka od umarlaków" sprawiła, że ze śmiechu oplułam monitor.  O książce napisałam już przy okazji notki Jak zacząć czytać fantastykę i nie zwariować? Część I - Polska. Przewinął się w niej wątek kryminalny i wspominam go bardzo miło, mimo początkowej rezerwy. 

Tym razem mamy do czynienia z czymś całkiem innym. Zamiast świata czarodziejów i duchów, zaserwowano nam futurystyczną rzeczywistość, pełną cyborgów i innych mniej lub bardziej spodziewanych wynalazków  jutra.

Dwa słowa o autorce

Absolwentka psychologii i kryminologii (Uniwersytet Walijski) oraz neurobiologii poznawczej (Uniwersytet w Yorku). Trudno chyba wybrać odpowiedniejsze wykształcenie dla pisarki kryminałów o cyborgach.

O czym jest ta książka


Mamy rok 2037. Ziemia jest pełna wszelkiej maści robotów i androidów. Człowiek może dowolnie przekształcać swoje ciało: poprawić pamięć, szybkość, zdolności intelektualne i co tylko fabryka dała. Zanika średnia klasa społeczna, ponieważ społeczeństwo podzieliło się na tych, których stać na kosztowne modyfikacje będące, o ironio, przepustką do dochodowej pracy a co za tym idzie pieniędzy i na pozostałe ¾ społeczeństwa, pozostające w technologicznym zaciemnieniu i pogłębiającej się biedzie. Roboty wykonujące darmowo większą część coraz bardziej skomplikowanych zadań, nie pomagają uspokoić społeczeństwa.  Zdolności intelektualne i ambicja przestały być przepustką do lepszego życia, nie mogą konkurować z wszczepem cybernetycznym. Kiedy do całego tego bałaganu dochodzi opracowanie substancji umożliwiającej cyborgom odczuwanie emocji, zegar rozpoczyna odliczanie.
Policjant po traumie i bardzo rozległych obrażenia wywołanych największą rebelią w dziejach miasta New Horizon, na skutek decyzji żony, a wbrew własnej woli, zostaje scybernetyzowany. Po trzech latach leczenia wraca na służbę. Jego ex partnerka, a obecnie zbiegły cyborg, zrobiła coś, czego replikanci teoretycznie nie potrafią – skłamała. Tymczasem w mieście grasuje morderca, który nie daje się wytropić najnowocześniejszym systemom policyjnym, których przecież oszukać się nie da. Do tego dochodzą ludzie, po których czasem ginie wszelki ślad i półlegalne wojskowe laboratoria. Cel: rozwikłać zagadkę i zlikwidować zdrajczynię. Czas start.


Wady

  • Gdzieś zniknęło to genialne poczucie humoru znane z "Szamanki od umarlaków". Szkoda, to był główny powód, dla którego autorka zapadła mi w pamięć.
  • Raduchowska Ameryki nie odkryła. Świat zaawansowanej technologii, pełen cyborgów, implantów i dywagacji na temat tego, czy maszyna może zostać człowiekiem i czy człowiek sztucznie udoskonalony to jeszcze człowiek, czy już coś innego, przewija się w literaturze, filmie a przede wszystkim mandze od jakichś dwudziestu lat.  W "Armitage III" z 1995 roku mamy sytuacje prawie bliźniaczą. Policjant po wypadku zostaje zcybernetyzowany, a jego partnerką jest robot nowej generacji. Oczywiście on inteligentnych maszyn nie znosi, ponieważ wini je za śmierć poprzedniej współpracowniczki. Ponadto w mieście ktoś zaczyna mordować cyborgi. Ciekawe czy autorka zainspirowała się tą japońską produkcją, wydaje się to bardzo prawdopodobne. 



Dlaczego warto przeczytać

  • Błyskotliwe dialogi, dzięki którym książkę czyta się jednym tchem.
  • Język i styl pisania autorki jest płynny, bogaty i pozbawiony zgrzytów. Każde słowo znajduje się dokładnie w tym miejscu, w którym powinno.
  • Raduchowska odrobiła lekcje, co widać w licznych przypisach i terminologii technicznej. Nie stosuje wybiegów w stylu, bohater nie wie dlaczego jest tak a nie inaczej (lub w drugą stronę jest to dla niego tak oczywiste, że nie trzeba wyjaśniać), więc czytelnik  też się nie dowie. Da się wyczuć, że włożyła dużo pracy w to, by zasady działania i procesy zachodzące w maszynach miały rację bytu i w dodatku udało się jej przedstawić je tak, bo czytelnik również zrozumiał. To jest właśnie to, czego zabrakło mi w "Żmiji" Sapkowskiego. Nie ważne, że autor wie o czym pisze, czytelnik też ma to wiedzieć!
  • Kreacja postaci. Bohaterowie są wiarygodni. Mają swoje problemy, traumy i rozsterki. Niestety nie obyło się bez schematu w postaci zaangażowanego w pracę policjanta-rozwodnika, na szczęście nie zrobiono z niego alkoholika. Widać nie można mieć wszystkiego.
  • Wątek kryminalny prowadzony jest rewelacyjnie, doszło do tego że moje domysły wzięły w łeb i po zamknięciu książki nie jestem w stanie wyjaśnić, kto jest mordercą, a raczej jak to jest możliwe, że morduje osoba na którą wszystko wskazuje.  

Reasumując

Książka „Czarne światła: Łzy Mai”, dokonała tego, czego nie udało się jeszcze żadnej  książce oprócz „Kataru” Stanisława Lema. Sprawiła, że pochłonęłam jednym tchem kryminał, bo właśnie tym przede wszystkim jest ta lektura. To nie książka, która może wstrząsnąć światem, a do refleksji nad sensem i problematyką cyborgizacji zmusi tylko tych, którzy  pozostali głusi i ślepi na nurt fantastyki naukowej przez ostatnie 20 lat.  Mimo to, naprawdę warto przeczytać, bo jest to kawałek przyzwoitej literatury. 



PODPIS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz