12 gru 2015

Kobieta w Berlinie, Anonim

dziennik






Dzisiaj na Niebieskim Stoliczku gości książka, którą wypożyczyłam zainspirowana wyjazdem do Niemiec. Berlin okazał się zajmującym miastem z własną historią, szkoda że czas na zwiedzanie został mocno okrojony (uroki delegacji).

Do rzeczy. „Kobieta w Berlinie” rozgrywa się w okresie niesławnej „Operacji Berlin”. Uznałam, że warto dla odmiany przeczytać książkę, w której Niemcy są ludźmi, nie tylko agresorami i obozowymi klawiszami. Kto jest bardziej miarodajnym źródłem informacji, niż anonimowa kobieta pisząca dziennik w czasie inwazji Rosjan?



Dwa słowa o autorce



Trudno napisać nawet tyle. Dziennik jest anonimowy. O kobiecie która go napisała wiemy tyle, ile udało się wyczytać z kartek książki. Czyli że jest ona wykształconą, trzydziestoletnią, niezamężną i bezdzietną mieszkanką Berlina.



O czym jest ta książka?





W obliczu najazdu obcego wojska, atrakcyjna trzydziestolatka zdaje nam relację "od kuchni" z wydarzeń, które zaserwowano ludności cywilnej podczas "Operacji Berlin". Wikipedia oferuje tutaj kilka szczegółów historycznych. Nad pierwszym wpisem widnieje data 20 kwietnia 1945 roku (dzień ostatnich urodzin Hitlera), tekst urywa się dwa miesiące później. Jest to okres w którym Rosja, nazywając rzeczy po imieniu, spuszcza Niemcom łomot. 

Nasza bohaterka wraz z sąsiadami ukrywa się w piwnicy berlińskiej kamienicy. Czasem pomieszkuje u sąsiadki, bo z jej własnego mieszkania niewiele zostało. Nie dojada, boi się a dla zabicia czasu pisze. Wie, że rosyjscy żołnierze wejdą lada dzień, zła sława wyprzedza ich na tyle, że nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, żeby przewidzieć konsekwencje. Gdyby to była powieść przygodowa, ludzie pewnie próbowaliby się bronić. Niestety złamani strachem i głodem potrafili tylko ukrywać się w po kątach. 


Przyznam, że podczas czytania, mimo ponad dwudziestu stopni Celsjusza, zrobiło mi się zimno. Żołnierze przychodzili i wskazywali na kobiety, brali je siłą, przy milczącej zgodzie współtowarzyszy, którzy odwracali wzrok. Podobno żadna dziewczyna między dziesiątym (!) a siedemdziesiątym rokiem życia nie mogła czuć się bezpieczna. Rosjanie okazali się zwierzętami spuszczonymi ze smyczy.


Sprawiedliwość dziejowa? Może. Szkoda, że w swojej chwale uderza w najsłabszych - ludność cywilną. Zdaniem Antony’ego Beevora, brytyjskiego historyka, pod koniec wojny ofiarą żołnierzy radzieckich mogło paść nawet dwa miliony niemieckich kobiet. Niejednokrotnie były one gwałcone wielokrotnie, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy. Bardzo zachęcam do przeczytania tego artykułuJak widać Polki a zwłaszcza Ślązaczki również bardzo mocno ucierpiały. Niektóre matki profilaktycznie zabijały siebie i swoje dzieci.



Wady książki



  • Nie wiem co tu wpisać. Czy faktycznie mam ocenić styl pisania i budowę postaci w książce, którą autorka spisywała w gruzach mieszkania, w oczekiwaniu na kolejny akt przemocy i pewnie nigdy nie miała zamiaru wydać? Pozwólcie, że sobie daruję.


Dlaczego warto przeczytać?



  • Zgodność historyczna i prawda przezierająca z każdej kartki. Obdarte z ozdobników oblicze najazdu Rosji na Berlin. Brutalność, pierwotne instynkty ogarniające człowieka w sytuacji, w której czuje się bezkarny.  W tym wszystkim prawdziwa historia kobiety, która chciała przeżyć i cel osiągnęła - wysokim kosztem. 

  • Rzadko spotykana na polskim rynku tematyka. Niemcy po Drugiej Wojnie Światowej zyskały opinię narodu łotrów i sadystów. Co nie jest bezpodstawne. Tutaj pokazane zostały w roli ofiary. Nas, Polaków taki obraz kuje w oczy. Wyrządzili nam krzywdę, więc dobrze że im też ktoś dowalił. Sama miałam takie myśli podczas czytania "Kobiety w Berlinie", tyle tylko że po dłuższej refleksji doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. Ludność cywilna nie jest winna. Nigdy nie była i nigdy nie będzie. Poza tym, zastanawiam się, dlaczego jakoś się tak historycznie utarło, że hitlerowcy byli głównym "złem" a Rosja tylko gdzieś tam majaczyła w tle. 

  • Dystans autorki zarówno do samej siebie jak i wydarzeń które opisuje. Nie ma tu lamentu "olaboga, dopadną mnie, zgwałcą zabiją idę płakać do kąta". Jest zimna kalkulacja i wola przetrwania. Kobieta nie stara się wybielić. Nie owijanie w bawełnę. Podjęła pewną kontrowersyjną decyzję, która oszczędziła jej wielu krzywd - kosztem szacunku dla samej siebie. Pewnie można było poradzić sobie inaczej, wziąć skądś broń (nawet łopata czy siekiera użyta z zaskoczenia może okazać się śmiercionośna), zlikwidować kogo można i prędzej czy później zginąć za to (oczywiście bez wcześniejszego gwałtu by się pewnie nie obeszło). Ewentualnie  w skrajnej sytuacji popełnić samobójstwo. Autorka jednak chciała żyć. Nie mnie to oceniać, wiem jednak że instynkt przetrwania potrafi objawić się znacznie gorzej.

  • Dbałość o detale. Za to właśnie wielbię pamiętniki i dzienniki, drobne szczegóły pomijane przez "zwykłych" pisarzy, mają tam zazwyczaj tendencję do wyskakiwania w najmniej oczekiwanym momencie. Wiedzieliście, że Rosjanie nie znali zegarków? Kradli je masowo z mieszkań, zafascynowani istnieniem czegoś takiego jak budzik. W XX wieku! 


Reasumując



Bardzo trudno ocenić tę książkę w kontekście literackim. Autorka nie jest zawodową pisarkę. Historia nie porywa fabułą, błyskotliwymi dialogami ani szybkimi zwrotami akcji. Umówmy się, gdyby to była standardowa lektura, moja ocena by nie powalała. Jednak wartość historyczna dziennika jest ogromna. Ta relacja jest prawdziwa,  pachnie strachem, spermą i desperacją. Wyciąga na światło dzienne to, o czym inne książki dyskretnie milczą. Newsweek donosi, że podczas Powstania Warszawskiego gwałcono masowo. Nie ma o tym nawet słowa w słynnych "Dziewczynach z Powstania Warszawskiego". Wszystkie wyszły z tej potyczki nietknięte? Bądźmy poważni. Można nosić z dumą swoje rany, ale już gwałt lepiej przemilczeć, to w końcu hańba.

Rola cywila, a już zwłaszcza młodej, atrakcyjnej  kobiety podczas oblężenia jest nie do pozazdroszczenia. Gwałty są niejako wpisane w tradycję wojny. Jeden facet pobił drugiego, zajął jego podwórko, zainkasował forsę, nabrudził w kiblu i zgwałcił żonę, córkę czy matkę. Klasyka gatunku. Całym sercem wolałabym biegać z karabinem i czuć własny los w rękach, nawet kosztem ryzyka utraty życia czy zdrowia, niż czekać bezbronna, w gruzach dawnego życia (nie daj Boże z małymi dziećmi) na nieuniknione. 

"Kobieta w Berlinie” jest niemym krzykiem bezbronnych, anonimowych kobiet w wojennej zawierusze zredukowanych do roli gumowych lalek. Bardzo polecam, warto poznać tę stronę wojny, bo obawiam się, że w dobie superbohaterów mamy mylne pojęcie o tym jak to może wyglądać.

PODPIS

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz